Buntowniczka z wyboru

Ta Mae

Od dziecka była chodzącą ciekawością świata, pewnością siebie na dwóch nogach. Jest posiadaczką niezwykle wrażliwych zmysłów a emocje potrafi zamieniać w obrazy. Jako projektantka wybrała chyba najtrudniejszą z możliwych dróg - wynajdowania koła zamiast interpretowania na nowo tego co wcześniej wymyślił już ktoś inny. Ma w sobie coś z buntowniczki, która ma czelność zmieniać ludziom tradycję i jest w stanie przekonać Japończyków do produkcji … kolorowych mat tatami. Poznajcie Mae Engelgeer, holenderską projektantkę tkanin z japońską duszą. Piękną i stylową kobietę, żonę, mamę i niezwykle otwarty umysł, o jaki trudno w dzisiejszych czasach.

Jedno ze zdjęć kolekcji MOD było moją tapetą na smartfonie od jakichś dobrych 7 lat, ale dopiero teraz poczułam, że jestem gotowa na rozmowę z nią. Z Mae Engelgeer, tą utalentowaną Mae Engelgeer, modelowym przykładem projektantki głęboko zainspirowanej Japonią, zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym.

Musiałam poczekać na ten wywiad kilka nieznośnie długich miesięcy, bo Mae jest ogromnie zajętą osobą, ale intuicja ze spokojem podpowiadała mi, że w końcu się uda. I oto spotykamy się wreszcie twarzą w twarz, i choć dzieli nas ekran komputera, jest totalna chemia.

Jak sobie radzisz w tych trudnych czasach? Czy sytuacja makroekonomiczna wpływa jakoś na twoją pracę?

U mnie wszystko ok, dzięki. Prowadzę produkcję na niewielką skalę, właściwie można powiedzieć, że na zamówienie, więc czuję się dość bezpiecznie. To jednak inna bajka niż praca w dużej firmie, która produkuje na ogromną skalę i może zderzyć się z takim problemem jak np. brak surowców. Moje studio podzielone jest na kilka różnych działów i jeden z nich odpowiada za współpracę z dużymi międzynarodowymi markami, które są dość stabilne finansowo.

Czy ludzie nadal poszukują dobrego designu? Stać ich na niego?

Tak, nawet w czasie pandemii było z tym całkiem ok. Myślę, że zapotrzebowanie na wyposażenie wnętrz wręcz wzrosło.

Dobrze to słyszeć. Bardzo chciałabym, żeby rękodzieło i dobry design stały się integralną częścią życia statystycznego Kowalskiego. Nie luksusowym dobrem dla wybranych.

Tak, w pełni się z tym zgadzam. Niektóre z moich projektów pewnie można zaliczyć do segmentu dóbr luksusowych, ale generalnie chcę, aby moja oferta pozostała zróżnicowana, aby moje projekty były dostępne dla każdego. Sprawia mi przyjemność, gdy ludzie mogą pozwolić sobie na zakup moich produktów. Staram się więc znaleźć jakiś balans w tym wszystkim, szczególnie gdy chodzi o współpracę z dużymi markami. Zaprojektowałam na przykład dla jednej z holenderskich marek serię poduszek, które można było kupić za naprawdę rozsądną cenę.

Generalnie fajnie jest kupić coś wyjątkowego i włączyć taki przedmiot do łańcucha naszych codziennych rytuałów. Automatycznie zaczynasz bardziej taką rzecz szanować, dbasz o nią i nie czujesz potrzeby wymiany jej na inny model tylko dlatego, że coś innego jest w danym momencie modne.

Pełna zgoda. Ja, pewnie jak każdy z nas, w pewnym momencie przeszłam przez fazę zachwytu “fast fashion”, ale po jakimś czasie zauważyłam, że przedmioty wykonane ręcznie, które opowiadają jakąś historię własną lub przywołują wspomnienia, są w stanie przetrwać znacznie dłużej. I nie jest to nawet kwestia jakości materiału, z którego zostały wykonane, ale tego jak je traktujemy. Z większą troską i uwagą.

Myślę, że to jest dokładnie to czego nauczyła mnie Japonia: szacunku dla rzeczy. Zobacz (pokazuje mi swój ulubiony kubek delikatnie go dotykając – przyp. nito nito), gdy piję kawę w tym kubku … to takie miłe. Myślę, że taka refleksja, docenianie tego co się ma, przychodzi z wiekiem. Choć mam też nieodparte wrażenie, że młode pokolenie chwyta to teraz znacznie wcześniej. Tego samego uczę swoją córkę. Czasem pokazuje mi jakieś przedmioty na jednej z chińskich platform zakupowych, ale zwykle wyrażam się dość jasno, że NIE będziemy niczego tam kupować. Pokazuję jej, że doświadczenie zakupowe może mieć różne oblicza, że jak kupi np. ładną kurtkę dobrej jakości, która będzie nieco droższa, to będzie czuć się w niej inaczej, wyjątkowo.

Głęboko wierzę, że tak samo jest z wnętrzami. W otoczeniu dobrego designu po prostu czujesz się lepiej. Tyle jeszcze mamy do zrobienia w tym obszarze. W dużych miastach, szczególnie takich jak Amsterdam, przesiąkniętych estetyką, sztuką i designem wystarczy podnieść głowę, by zobaczyć jak pięknie żyją ludzie. Poza dużymi miastami jest zupełnie inaczej. Chciałabym, żeby i ich mieszkańcy rozumieli jak bardzo otoczenie, w którym przebywają ma wpłw na ich dobrostan. Może dosłownie zmienić ich życie!

Właśnie. Nie musisz co roku zmieniać poduszek na kanapie. Zamiast tego znajdź coś co sprawia, że czujesz się dobrze i wygodnie. Niech wyraża kim jesteś, opowiada jakąś historię twojego życia za każdym razem, gdy na to patrzysz. Dokładnie to zrobiliśmy w naszym domu w Amsterdamie. Po remoncie wróciły z nami tylko te przedmioty, które naprawdę lubimy albo z którymi wiąże się jakaś ciekawa historia.

Myślę, że moja córka zaczyna to chwytać. Lubię zajmować się renowacją mebli, niektóre z nich kupujemy, niektóre znajdujemy. Widzę jak reaguje, gdy widzi np. książkę, której ktoś się pozbył i krzyczy „mamo, ratujmy ją, proszę!”.

A jak już rozmawiamy o dzieciach, zauważyłam, że wiele moich cech charakteru, zainteresowań czy nawet sposób doświadczania rzeczywistości już dawno zdradzały kim będę jako dorosła osoba (np. zawsze wszystko wąchałam). Tylko dopiero teraz rozumiem. Dlatego uważnie patrzę na swoją córkę, żeby pomóc lepiej zrozumieć jej samą siebie. I to prowadzi mnie do pierwszego ważnego pytania do ciebie – czy mała Mae zdradzała jakieś oznaki talentu dorosłej Mae?

Ciekawe jest to co powiedziałaś o wąchaniu wszystkiego, bo cała moja rodzina ma niezwykle wrażliwy węch, wszyscy jesteśmy wrażliwi na zapachy. Zawsze powtarzałam, że gdybym nie projektowała tkanin, pracowałabym w przemyśle perfumeryjnym.

Z dzieciństwa najlepiej pamiętam to, że lubiłam wszystkiego dotykać, nawet gdy mama mi na to nie pozwalała. Pamiętam, że byłyśmy kiedyś razem w Paryżu, czekałyśmy na metro i na stacji zauważyłam ten wielki błyszczący czerwony przycisk … Mama widziała, że mu się przyglądam i zabroniła mi nawet myśleć o jego dotykaniu. Jak się domyślasz oczywiście nie mogłam się powstrzymać i możesz sobie wyobrazić co działo się potem. Przycisk aktywował alarm, zbiegła się policja. Lśniący czerwony przycisk … Nigdy nie mogłam się oprzeć takim rzeczom. Wszystkiego wiecznie dotykałam. Kolekcjonowałam też przedmioty, również takie, których ktoś się pozbył. Pamiętam też, że dużo z siostrą kolorowałyśmy, a nawet wygrywałyśmy konkursy rysunkowe. Nasza mama również była kreatywną osobą. Szyła dla nas ubrania. Dzięki temu pierwszy raz zobaczyłam jak moje pomysły nabierają rzeczywistych kształtów. Tak podkreślałam swoją niezależność. Wiedziałam dokładnie czego chcę, ale nie zawsze dostawałam na to zgodę. Moja mama i siostra mówiły, że chciałam miksować letnie i zimowe ubrania, i uznawały to za nieco dziwne. Może dlatego, że mieszkałyśmy w małym miasteczku, próbowały więc raczej wtopić się w tłum. Pamiętam, że w dzieciństwie nieustannie zmieniałam też coś w swoim pokoju, dodawałam kolory i elementy dekoracyjne. Dzięki temu wciąż miałam okazję rysować i coś tworzyć. I co najważniejsze: byłam bardzo ciekawskim dzieckiem. I to zostało mi do dzisiaj.

Ostatecznie rozpoczęłaś naukę w artystycznej szkole, na kierunku tkackim. Czy to była twoja decyzja czy może ktoś cię do tego zachęcił?

Pierwszy raz na poważnie zetknęłam się z tkaninami, które były wtedy dość rzadkim kierunkiem rozwoju, jeszcze w szkole średniej. Poświęcałam na nie około 4 godzin tygodniowo. Bardzo to polubiłam i chciałam dalej coś z tym zrobić. Dorastałam w małym miasteczku i naprawdę intensywnie zastanawialiśmy się z moimi rodzicami nad moją przyszłością. Szkoła mody? A może szkoła artystyczna? Moim rodzice mieli poważne wątpliwości co do niektórych szkół i – jak to rodzice – zastanawiali się co można potem robić w życiu z takim wykształceniem. Dla mnie to też była trudna decyzja, bo byłam zbyt młoda by mieć absolutną pewność, że to jest dokładnie to co chcę robić w życiu. Ostatecznie trafiłam do Akademii Mody w Amsterdamie, gdzie mogłam wybrać tkaniny jako specjalizację. Tak stałam się projektantką tkanin i przeniosłam swoje życie do dużego miasta. Byłam jedną z pierwszych osób w mojej rodzinie, która wyjechała do Amsterdamu. Ale jak patrzę wstecz, to myślę, że chyba zawsze byłam w jakimś sensie outsiderką. Nie do końca pasowałam do otoczenia. Taka czarna owca, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu (śmiech).

To wspaniałe, że rodzina nigdy nie podważała twoich wyborów, bez względu na to czy chodziło o ubrania czy szkołę i miejsce do życia. Wielu z nas nie byłoby pewnie w stanie pozwolić własnym dzieciom na taką samodzielność.

Muszę przyznać, że moi rodzice rzeczywiście są bardzo miłymi i otwartymi ludźmi. Mam szczęście, że zgodzili się na mój wyjazd do Amsterdamu. Może dostrzegli, że te studia to będzie jednak coś dla mnie, nawet jeśli musiały upłynąć całe lata zanim zrozumieli do czego właściwie przyda mi się to wykształcenie.

Mogę tylko powiedzieć, że cieszę się z twojego wyboru!

Przeczytałam w kilku wywiadach z Tobą, że nigdy nie przywiązujesz się do jednego projektu, techniki czy zestawienia kolorystycznego. Chcesz nieustająco się uczyć i próbować nowych rzeczy. Pewnie słyszałaś to pytanie z million razy, ale muszę je zadać: skąd właściwie czerpiesz inspirację do swoich projektów? Masz swoich ulubionych artystów, których pracę śledzisz (choć w sumie chyba znam odpowiedź na to pytanie)?

Ono wcale nie jest takie złe. Pytanie może się powtarzać, ale odpowiedź już niekoniecznie (śmiech).

Zabrzmi to może nieco dziwnie, ale zawsze gdy jestem pytana o twórców czy dzieła, które mnie inspirują nigdy nie potrafię udzielić konkretnej odpowiedzi. Ja naprawdę doceniam pracę wielu artystów, ale nie umiem wskazać konkretnego nazwiska. Dokładnie tak samo jest, gdy ktoś pyta mnie o mój ulubiony film czy książkę. To dlatego, że wpływ mają na mnie nie tyle same dzieła, co emocje które we mnie wywołują. Zwykle pamiętam w zasadzie tylko to. Od projektowania tkanin bardziej interesują mnie inne dziedziny sztuki, takie jak ceramika czy architektura. Myślę, że wręcz lepiej dla mnie jest nie śledzić tego co robią inni projektanci tkanin, ponieważ chcę iść swoją własną ścieżką.

Ogromnie inspirują mnie natomiast podróże, w szczególności uczucia, jakie wywołują we mnie konkretne miejsca czy nawet moje własne refleksje na temat rzeczy, które widziałam. Pomysły przychodzą mi raczej łatwo, gotowe projekty pojawiają się w mojej głowie często zanim zacznę w ogóle nad nimi pracować.

No to powiem ci, że jestem w lekkim szoku. Pierwszy raz słyszę, by ktoś potrafił wyrazić uczucia w namacalny, materialny sposób. To jest absolutnie niezwykłe! Nigdy nie zabrnęłam w odmętach swojej głowy aż tak daleko. Opowiedz mi o tym coś więcej.

Ach, trudno to wyjaśnić, to jest mieszanka wielu rzeczy, efekt pewnego procesu. Czasem jakiegoś stanu, w którym akurat się znajduję. Tego kim jestem w danym momencie, co w danym momencie lubię, co mnie w danym momencie interesuje. Moje projekty powstają jedne na bazie drugich, więc nawet jeśli na pierwszy rzut oka nie jest to widoczne, zawsze je coś ze sobą łączy.

Ogromną trudność sprawia mi natomiast przekładanie na obrazy tego co czytam, bo inspirację umiem czerpać jedynie z uczuć, jakie wywołuje we mnie obcowanie ze światem materialnym i ludźmi.

Mogłabyś podać przykład konkretnego projektu, który był takim właśnie „tłumaczeniem” uczucia na projekt tkaniny?

Gdy zaczęłaś zadawać to pytanie od razu pomyślałam o moim pierwszym projekcie dla CC Tapis (włoskiej marki sprzedającej współczesne ręcznie tkane w Nepalu dywany – przyp. nito nito) o nazwie Bliss. Ten projekt to było jedno wielkie uczucie: stan zadowolenia, poczucia elegancji, zmysłowości, przeniesione na tkaninę dywanu.

Zaczęłam rysować Bliss w programie Adobe Ilustrator. Luźno bawiłam się formami i kolorami, które przychodziły mi do głowy, a te z kolei rosły i nabierały kształtów, na pewnym etapie stając się już wyraźnymi pomysłami. To bardzo intuicyjny sposób pracy, bez określonego planu, zakładający spontaniczną reakcję na to co kształtuje się na artboardzie, kierowany konkretnym uczuciem. Przedstawiłam ten projekt CC Tapis, a oni z miejsca go polubili. Czuję, że to był TEN moment i TA firma. Śmiało mogę powiedzieć, że to była moja najbardziej udana współpraca z inną marką. Również w rozumieniu tego, jak dobrze została odebrana przez klientów. Rozrosła się w naprawdę dużą rodzinę obiektów Bliss (śmiech).

Jestem ciekawa czy CC Tapis trafnie odczytała to co miałaś w głowie tworząc Bliss?

Tak, absolutnie. Daniele Lora (Partner i Dyrektor Artystyczny CC Tapis – przyp. nito nito) zobaczył mój projekt i po prostu powiedział ‘tak, robimy to’. A musisz wiedzieć, że właściciele tej firmy w zasadzie w ogóle mnie nie znali. Korespondowaliśmy tylko trochę na Instagramie i kilka razy padła sugestia, że moglibyśmy coś razem zrobić. W efekcie tych rozmów wysłałam im swoją propozycję. Pamiętam, że śmialiśmy się z tego trochę, bo oni normalnie pracują z takim sławami jak Patricia Urquiola, wielkimi nazwiskami, wiesz o co mi chodzi. A tu nagle pojawia się jakaś Mae Engelgeer z Amsterdamu. Odważyli się dać mi szansę. To było i nadal jest fantastyczne.

No cóż, ja nie jestem zaskoczona. Z całą moją miłością do Patricii Urquioli tak kreatywna branża potrzebuje jednak świeżej krwi.

Cieszę się, że rozmawiamy akurat o kolekcji Bliss, bo z tego co wiem była ona mocno inspirowana Japonią. A nie jest żadną tajemnicą, że zarówno twoje projekty jak i ty sama macie japońską duszę, że tak się wyrażę. Wiem, że byłaś w Japonii, masz w sypialni japońskie drzwi shōji, wiele twoich projektów ma japońsko brzmiące nazwy, sposób w jaki stylizujesz swoje produkty i jak je fotografujesz krzyczy: Japonia! I Bóg mi świadkiem, że przed chwilą wypiłaś łyk kawy trzymając kubek po japońsku (podtrzymując podstawę jedną ręką – przyp. nito nito). Muszę więc zapytać jak i kiedy Japonia pojawiła się w twoim życiu. Jak to wszystko się zaczęło?

Myślę, że powinnam zacząć tę opowieść od tego, że zawsze mocno pociągały mnie inne kultury. Moja teściowa pochodzi z Indonezji, a mój teść jest Niemcem, miałam więc okazję obserwować jak żyją inne rodziny. Kocham w Azji to, że jest tak mocno przywiązana do swojej tradycji. W Holandii funkcjonujemy trochę inaczej, choć przyznaję, że teraz coraz mocniej doceniam te nasze małe tradycje.

Japonia pojawiła się w moim życiu stosunkowo późno, właściwie na rok przed moim pierwszym wyjazdem tam. W 2015 roku, żeby być bardziej precyzyjną. Oczywiście mamy w Amsterdamie japońskie sklepy, do których chodziłam na zakupy, ale właściwie nigdy nie miałam czasu zanurzyć się w temat Japonii głębiej. Podskórnie czułam jednak, że jest w tym kraju coś wyjątkowego. Czułam, że Japonia już w jakiś sposób mnie mnie inspiruje i w pewnym momencie poczułam potrzebę zrozumienia co konkretnie ma na mnie taki wpływ. Chciałam tam polecieć i zobaczyć Japonię na własne oczy, poczuć ją, zrozumieć jaka jest.

Gdy popatrzyłam na moje ostatnie prace na Instagramie stało się dla mnie jasne, że Japonia zostanie ze mną już na zawsze. To moja bratnia dusza, coś z czym czuję się jak w domu. Staramy się teraz z mężem o wizę i latem przyszłego roku chcemy przeprowadzić się całą rodziną do Japonii co najmniej na rok. Tyle mogę się tam nauczyć, funkcjonuje tam taka masa technik tkackich, że czasem czuję się tym nieco przytłoczona. Chcę zanurzyć się głęboko w świat japońskich tkanin. Chcę mieć na to czas.

Co takiego ma w sobie Japonia, że jak raz jej zakosztujesz to przepadasz na zawsze?

Szczerze mówiąc, nie mam bladego pojęcia. Lubię ich uporządkowane. To, że wszystko jest tam inne. Lubię ich szacunek do rzeczy, to, że robią pewne rzeczy w konkretny sposób, i tak jest od stuleci. Ale każdy kto mnie zna wie, że lubię też trochę wywracać świat do góry nogami. Tak pracuję z rzemieślnikami w Kolumbi czy Nepalu. Zawsze wykonują swoją pracę w jeden określony sposób. I kiedy tak na nich patrzę myślę sobie ‘hej, jeśli to jest możliwe, to to też jest możliwe, spróbujmy’. Staram się z nimi nawiązać głębszą relację, mieć otwarty umysł i próbować nowych rzeczy, nawet jeśli na początku nie jesteśmy w 100% pewni czy nasza współpraca zakończy się sukcesem (śmiech).

Tak samo było u ciebie z Japonią, prawda? Wylistowałam sobie nawet twoje współprace, które polegały w dużej mierze na wywracaniu japońskiej tradycji do góry nogami (dla tych którzy nie wiedzą, Mae stworzyła maty tatami w kolorowym gradiencie – przyp. nito nito). Gdy zobaczyłam na twoim profilu na Instagramie wyłożoną nimi podłogę w klasycznym japońskim wnętrzu aż na głos powiedziałam do siebie ‘nie no, to jest niemożliwe …’

Japończykom naprawdę się one spodobały. Czasem komuś obcego pochodzenia łatwiej jest wstrząsnąć lokalną tradycją, ale muszę też podkreślić, że firmy, z którymi współpracuję są na to bardzo otwarte. Raz uczestniczyłam w warsztatach farbowania indygo i wpadł mi do głowy pomysł, że chciałabym spróbować czegoś co było nieco skomplikowane, nie byłam więc pewna rezultatu. I spotkałam tę młodą Japonkę, jedną z najmłodszych farbiarek indygo w Japonii, która powiedziała ‘nigdy tego nie próbowałam”. Byłam mocno zaskoczona jej reakcją. My, ludzie ‘zachodniej’ cywilizacji jesteśmy przyzwyczajeni do eksperymentowania, podczas gdy w Japonii podąża się raczej wyuczoną już wcześniej ścieżką. Fajnie było jej pokazać, że z eksperymentowania mogą wychodzić zupełnie nowe rzeczy.

Marzy mi się, by spędzić w tym jej warsztacie tydzień i eksperymentować ile wlezie. Uczyć się poprzez podejmowanie prób. Mam to na mojej liście rzeczy do zrobienia na przyszły rok. Japonia daje mi unikalną szansę na naukę tradycyjnych technik tkackich i stworzenie czegoś własnego na ich bazie. Ten kraj porusza moje zmysły na wiele sposobów. Czuję, że rzemieślnicy, z którymi pracowałam do tej pory również cenili moją pracę. Nasza współpraca opierała się więc na obopólnym szacunku.

Istnieje wiele krajów, którą są w taki czy inny sposób podobne do siebie. Nigdzie na świecie nie ma jednak ‘drugiej Japonii’.

Japonia jest wyspą i to jest jej piękno. Z drugiej strony jestem w stanie wyobrazić sobie dlaczego osoby, które się tam wychowały chcą wyjechać np. do Europy, poczuć się bardziej wolne. Mogą mieć poczucie, że utknęły w swojej własnej tradycji. W przypadku Europejczyków takich jak ja, jest jednak zupełnie odwrotnie …

W twoich współpracach uderza mnie to, z jaką łatwością przychodzi ci nawiązywać z nimi relacje. Jak udaje ci się zbudować z nimi taką więź? Tak po prostu do nich dzwonisz? Kontaktujesz się z nimi przez social media?

Kiedy byłam tam po raz pierwszy, po Japonii oprowadził mnie architekt, który pracował z jednym japońskim architektem, który z kolei pracował w Holandii i wiedział o mojej pasji do tkanin. Przedstawił mnie założycielowi Hosoo Textiles (firma z siedzibą w Kioto, specjalizująca się w produkcji najwyższej jakości tkanin – przyp. nito nito). Inna sprawa, że ja chyba po prostu nie potrafię ukryć swojego prawdziwego entuzjazmu dla ich pracy. Nauczyłam się też, że nie trzeba mówić w tym samym języku, aby razem pracować. Nawet jeśli na początku Japończycy wydają się surowi, podskórnie czuję, że potrafią być również bardzo otwarci. Czasem czuję, że ‘otwieranie’ ludzi staje się moją misją (śmiech).

Mogę to sobie bez problem wyobrazić.

Nauczyłaś się w Japonii już kilku technik tkackich. Które z nich najbardziej lubisz lub których chciałabyś się nauczyć?

Jest jedna, której jeszcze nie próbowałam zwana ikat. Od dłuższego czasu mam ją na swojej liście rzeczy do spróbowania w Japonii.

Do tej pory pracowałam w Japonii z projektantami z mojego pokolenia jak np. z Mitsuru Yokoyamą - twórcą mat tatami, i muszę przyznać, że są oni ogromnie otwarci na współpracę. Są to osoby, którą mają już na swoim koncie doświadczenie podróżowania za granicę, rozumieją więc nieco lepiej o co mi chodzi i co możemy razem stworzyć. Chciałabym jednak spróbować popracować również z przedstawicielami starszej generacji, by zrozumieć co takiego jest w technice, którą stosują, że byli gotowi poświęcić jej całe swoje życie. I jak doszli do tak wysokiego poziomu perfekcji.

Nigdy nie ma pewności, czy współpraca z danym projektantem okaże się łatwa. Polegam tu w pełni na swojej intuicji. Na szczęście nigdy mnie jeszcze nie zawiodła. Kilka razy byłam w Indiach i naprawdę czułam, że było pomiędzy nami-twórcami jakieś porozumienie dusz. Abyśmy mogli zacząć pracować musimy mieć jakiś rodzaj wspólnego mianownika, punktu zaczepienia. Dla mnie to głównie tkaniny i ciekawostki. I poczucie zrozumienia na poziomie prostych rzeczy, okazywanie sobie wzajemnego szacunku. To jest to, czego szukam w każdej współpracy.

Cieszę się, że wspomniałaś o japońskich tkaninach ikat, bo prowadzi mnie to do kolejnego pytania. Krawędzie wzorów w tkaninach ikat nie są dokładnie dopasowane, wyglądają więc trochę jakby w trakcie pracy ktoś popełnił błąd, a następnie powielił go wiele razy. Prawda jest jednak taka, że nie dałoby się ich utkać inaczej, taka jest bowiem prawdziwa natura i piękno włókiem, z których powstają. Soetsu Yanagi, ojciec japońskiego rzemiosła, poświęcił temu tematowi wiele stron swojej książki „Piękno Rzeczy Codziennego Użytku”. Pisał, że "wzór nigdy nie pojawia się jako pierwszy i dopiero po nim pojawia się dywan. Najpierw pojawia się dywan, a dopiero po nim wzór”. I że w przypadku tkanin takich jak ikat „to właśnie to problematyczne ograniczenie wynikające z użytego włókna i techniki tkackiej jest źródłem prawdziwego piękna. Na tym polega zasadnicza natura rękodzieła, że to nie człowiek jest tu siłą sprawczą, lecz natura". Przytacza też historię wystawy pewnego projektanta dywanów, którą poszedł obejrzeć. Jej twórca tkał swoje prace odtwarzając w najdrobniejszych szczegółach pierwotne projekty, tak aby dywany były jak najbardziej perfekcyjnie wykonane. Yanagi uznał je jednak za tak brzydkie, że nie mógł na nie patrzeć.

Jestem ogromnie ciekawa, czy pracując nad swoimi projektami pozwalasz naturze odgrywać swoją rolę? Czy może lubisz mieć wszystko pod kontrolą?

To jest przepiękna historia i doskonałe pytanie. Myślę, że jestem gdzieś pomiędzy i doskonale rozumiem co Soetsu Yanagi miał na myśli: to, że finalny produkt stracił duszę. Nie pozostało nic. Projektowanie tkanin opiera się trochę na przypadku, czasem nawet na błędach. Dlatego każdy nowy projekt nazywam zawsze "pomysłem wyjściowym". Pozostaję otwarta na to, co się stanie, gdy podejmę pierwsze próby. W większości przypadków zostawiam pierwszy pomysł daleko za sobą, podejmując kolejne decyzje już tylko na bazie bieżących obserwacji. Nawet używając dużych maszyn tkackich nigdy nie można mieć pewności, jak będzie wyglądał końcowy produkt. I to właśnie jest piękno produkcji tkanin.

Oczywiście znam niektóre techniki tkackie na pamięć, jestem więc w stanie przewidzieć efekty mojej pracy, ale co do zasady wolę nie wiedzieć zbyt wiele i pozostawić przestrzeń losowi. Wierzę, że tylko w ten sposób kawałek tkaniny zyskuje duszę.

To chyba tłumaczy trend tworzenia wnętrz "w stylu wabi-sabi". Tyle, że pojęcia te są o wiele głębsze i absolutnie wykluczają ludzką kontrolę.

Wkurzające, co?

Totalnie, bo wabi-sabi nie jest o intencjonalnym postarzaniu ceramiki czy ścian.

Chciałbym teraz zadać Ci pytanie dotyczące globalnego wyzwania, jakim jest masowa produkcja rzeczy. Nie wszyscy wiedzą, że tak naprawdę nigdy nie korzystałaś z krosna i że używasz maszyn do tworzenia swoich prac. Mimo to są one uznawane za rękodzieło. Czy uważasz, że może to być jakimś rozwiązaniem dla masowej produkcji rzeczy, jaką obserwujemy od wielu lat i szansą na to, by dobry zrównoważony design stał się dostępny dla przeciętnego Kowalskiego?

Myślę, że ludzie są coraz bardziej na to otwarci. Widzę, że osoby zakochane w rękodziele są troszkę niewolnikami unikatowości. Chcą być posiadaczami tego jednego jedynego niepowtarzalnego przedmiotu, którego nie będzie miał nikt inny. Myślę, że jest w tym jakieś piękno, ale znowu wracamy do problemu ekskluzywności, podczas gdy rękodzieło powinno być dostępne dla każdego. Powinniśmy być nieco bardziej otwarci: nadal możesz mieć coś unikalnego i ekskluzywnego, tylko produkowanego w nieco większej liczbie.

Moje projekty są wykonywane maszynowo, ale i tak zawsze dokładam wszelkich starań, by dawały poczucie bycia wykonanymi ręcznie. Żeby była w nich jakaś poezja. Z drugiej strony chcę też, żeby moje projekty sprawiały wrażenie dokończonych, z nowoczesną nutą, jeśli wiesz, co mam na myśli. Nie chcę, żeby robiły wrażenie "skarpet z koziej wełny" (synonim czegoś co trąci myszką w jęz. holenderskim – przyp. nito nito), jak zwykliśmy mówić po holendersku.

Dotknęłyśmy już problemu ‘stylu wabi-sabi’. Ale jest jeszcze jeden, który działa mi na nerwy jeszcze bardziej, zwany japandi.

Tak, słyszałam o nim …

Nie wiem, czy wiesz, ale Twój dom, który został zaprezentowany na łamach Elle Decoration Netherlands, został skategoryzowany właśnie jako "japandi". Co o tym myślisz?

To dość dziwne, bo zetknęłam się z Japonią dawno temu, przeniosłam pewne japońskie elementy do swojej przestrzeni a nawet stylu życia, a teraz ktoś nagle robi z tego trend. Zadałam sobie nawet pytanie ‘czy to jest dla mnie jakiś przejściowa moda’? Odpowiedź brzmi ‘nie, nie jest’. To coś co sięga dużo głębiej. Więc też trochę mnie irytuje, że wszyscy wszędzie teraz używają terminu 'japandi'.

Inna sprawa, że ja nigdy specjalnie nie łączę mojej pracy z aktualnymi trendami. Jednego roku jesteś namawiany do kupowania wszystkiego w stylu 'japandi', następnego roku w stylu ‘boho chic’ itd. Istne szaleństwo.

Właśnie. Jedyna dobra strona tej mody to fakt, że promuje przedmioty wykonane z naturalnych materiałów, a nie z plastiku.

A przy okazji, jak rozmawiamy już o twoim domu, jak byś go opisała? Jaki pomysł stał za jego projektem? (dla tych, którzy jeszcze go nie widzieli zostawiam link do video ze stron Elle Decoration Netherlands – przyp. nito nito)

Nasz dom znajduje się bardzo blisko centrum miasta, choć może powinnam raczej powiedzieć, że to raczej to miejsce stało się nowym centrum miasta. Wcześniej było tu ciemno, więc musieliśmy wpuścić do środka trochę światła. Zburzyliśmy ścianę pomiędzy salonem a naszą sypialnią, aby mieć więcej światła dziennego w głębi domu. To właśnie dlatego ściany i podłogi pokryliśmy farbami w jasnych kolorach, a w sypialni pojawiły się shōji (japońskie papierowe drzwi przesuwne - przyp. nito nito). Wpuszczają one światło do środka i całe wnętrze sprawia wrażenie naprawdę lekkiego. Jeśli chodzi o wystrój domu, przed ponowną wprowadzką zapytaliśmy się z mężem samych siebie co tak naprawdę lubimy i jakie wspomnienia chcemy przywoływać za pomocą przedmiotów. Zachowaliśmy tylko te rzeczy, które mają jakąś historię, jak np. ceramika, którą wykonaliśmy w Uji, czy lampa, którą kupiłam kiedyś w Japonii jako prezent dla męża. Na podłodze mamy bardzo cienkie maty tatami. Niektórym ludziom nie podoba się ich zapach, ale my jesteśmy zgodni co do tego, że „to jest TEN zapach" (śmiech).

Zmniejszyliśmy również kuchnię, ponieważ wcześniej była ona zbyt duża, jak na tak małe wnętrze. W Japonii używaliśmy małej elektrycznej kuchenki, więc teraz postanowiliśmy zostawić sobie jedną mniejszą a dodatkową małą trzymamy w szafce.

Moje kolejne pytanie miało dotyczyć Twojego wymarzonego miejsca do odwiedzenia, ale chyba już znam odpowiedź: Japonia.

Absolutnie tak. Odwoływaliśmy już ten wyjazd dwukrotnie z powodu pandemii. Teraz zrobiliśmy rezerwację po raz trzeci, na nadchodzące lato i jeśli dostaniemy wizę, zostaniemy tam na dłużej.

Moje ostatnie pytanie do Ciebie jest naprawdę ważne: gdzie możemy kupić projekty Mae Engelgeer (śmiech)?

Wszystkie moje projekty powstałe w wyniku współpracy z innymi markami są dostępne w kanałach sprzedażowych tych marek. Jeśli chodzi o moje własne projekty, to wkrótce uruchomię mały sklep na Instagramie, gdzie dostępna będzie limitowana seria pledów, więc bądź czujna! Myślę też o sprzedaży kilku po warsztatowych przedmiotów, już po powrocie z Japonii. W przypadku wszystkich innych projektów, mogę je na bieżąco wykonywać na zamówienie.

Nie mogę się już doczekać zakupów na Instagramie i wizyty w Twoim studio. Mae, nie wyobrażasz sobie jaką przyjemnością była dla mnie rozmowa z Tobą.

Mnie również było ogromnie miło, bardzo dziękuję za wywiad i do zobaczenia wkrótce w Amsterdamie.

Mae Engelgeer, właścicielka Studio Mae Engelgeer, ©Jerome de Lint.