Pochwała mroku

Ciemność widzę

Japonia, mimo neonowego rozedrgania wielkich miast, nierozłącznie kojarzy mi się z mrokiem. Ciemnością pawilonu herbacianego, dzikością natury i szukaniem schronienia od słońca w upale, jakiego nie doświadczyłam nawet w Afryce. Trudno przyznać się do tego, że woli się mrok, gdy wokół wszyscy wybierają tzw. styl skandynawski i południowo-zachodnie okna w domach, a u ciebie - fana mroku - diagnozują początki depresji lub co najmniej przynależność do jakiejś sekty. Nie chcę nikogo namawiać na życie w ciemności, ale na pewno warto przyjrzeć się wątkowi światła we wnętrzach, bo może się okazać, że nie wszystko o sobie do końca wiemy.

Ile Japonii jest w japandi

Nie musisz być pasjonatą wnętrz, żeby spotkać się hasłem "japandi". Wyskakuje z każdego możliwego czasopisma wnętrzarskiego i bloga, sprzedając dodatki z juty, bambusa, rattanu i jaśniusieńkiego drewna. Na pewno mają dużo wspólnego ze Skandynawią, która z uwagi na uwarunkowania klimatyczne we wnętrzach szuka światła. Na pewno też czerpią nieco z japońskiego, ale i skandynawskiego, zamiłowania do natury, rzemiosła, prostoty oraz przejętego od Japończyków w latach 50-tych XX wieku życia w parterze. W ogólnym odbiorze mają jednak moim zdaniem niewiele wspólnego z tradycyjnym (podkreślam tradycyjnym!) japońskim wnętrzem, które co do zasady jest ciemne. Wynika to przede wszystkim z klimatu i rzeźby terenu, które wymusiły na Japończykach stosowanie rozłożystych dachów i werand. Japońskie wnętrze ma władzę absolutną nad dziennym światłem, wpuszcza je do wnętrza punktowo lub rozprasza za pomocą papieru ryżowego. Wydobywa przy tym piękno przedmiotów za pomocą gry świateł i cienia. Stąd też wynika japońska oszczędność w dekoracjach. Są nią refleksy światła na ścianach i otaczająca dom natura, którą integrują z wnętrzami. Dla kontrastu, japandi zdecydowanie bliżej jest do jasnych wnętrz śródziemnomorskich - czy szerzej - domów zlokalizowanych nad morzem czy oceanem, niż do domów japońskich.

Światłoczułość

Odkąd pamiętam zawsze towarzyszyły mi przemyślenia na temat światła. Dość wcześnie zrozumiałam, że przy jednym rodzaju oświetlenia czuję się gorzej, a przy innym lepiej. Do tego uwielbiałam co jakiś czas posiedzieć sobie w łazience przy zgaszonym świetle i wtulić się w szlafroki rodziców. Pomyśleć, powyobrażać sobie. Ot tak, po prostu sobie być. Dzisiaj świadomie wybieram kierunek północno-wschodni mieszkania, bo te najbardziej słoneczne po prostu mi nie służą swoją oczywistością i zmiennością w ciągu dnia. We wnętrzach północnych, czy północno-wschodnich słońce albo nie operuje wcale, albo operuje tylko wczesnym rankiem optymistycznie sygnalizując nowy początek, a przez resztę dnia konsekwentnie serwując konstans i pozwalając mi kontrolować jego natężenie. Wierzcie mi, dla ludzi wrażliwych na światło to złoto. Dlaczego o tym piszę? Bo jeśli zaczynamy świadomie projektować oświetlenie powinniśmy zastanowić się w pierwszej kolejności właśnie nad ekspozycją naszego domu czy mieszkania. Jeśli w głębi serca wolimy półmrok, szukamy nastrojowego wnętrza, nie skazujmy się na słońce.

Światło i cień

A co jeśli boisz się, że ciemne ściany okażą się dla ciebie zbyt przytłaczające? Po pierwsze nikt nie mówi, że trzeba od razu pomalować całe mieszkanie na czarno. Możesz wybrać jedno pomieszczenie lub ścianę, którą zabudujesz np. półkami, pomalujesz lub wyłożysz okładziną z drewna lub tapetą, niekoniecznie ciemną. Rozwiązaniem jest też pomalowanie samego sufitu na ciemną barwę (ale uwaga, optycznie obniża pomieszczenie), lub dobranie ciemnych zasłon czy dużych mebli. Po drugie uzyskanie efektu mroku możliwe jest nawet wtedy, kiedy nie jesteśmy gotowi na ciemne barwy lub tapety na ścianach. Kluczem jest bowiem odpowiednie oświetlenie. Zawsze, bez względu na wybraną kolorystykę. Biel ścian (najlepiej lekko złamana), w połączeniu ze światłem punktowym o odpowiedniej barwie również da nam doskonały nastrój i efekt umiarkowanego mroku bez potrzeby malowania ścian na ciemne kolory. Doskonale widać to na kolażach mieszkania w Pradze, które znajdziecie w galerii.

Do oświetlenia polecam żarówki o temperaturze barwowej między 1800K a 3000K, które przypominają halogen lub światło świecy. O oświetleniu tzw.. górnym w postaci żyrandola myślę wyłącznie w kategoriach wyjątku tj. włączamy tylko w wyjątkowych sytuacjach np. do sprzątania po zmroku. Wyjątek stanowią szynoprzewody, które łączą w sobie funkcję oświetlenia centralnego i punktowego za sprawą spotlightów. Wiele zależy tu jednak również od doboru źródła oświetlenia, które może mieć różny kąt rozsyłu światła - od 4 do 360 stopni. Do punktowego podświetlenia powinno się wykorzystywać żarówki o maksymalnym kącie świecenia 30 stopni. Świetnym przykładem wykorzystania takiego typu oświetlenia są muzea. Ja szczególnie dobrze czuję się w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie, które - jak możecie zobaczyć w galerii - fantastycznie posługuje się światłem.

Mrok przy ciemnych ścianach

Prawdziwie ciemne wnętrza to wbrew pozorom nie wyższa matematyka. Podstawą jak w każdym innym wnętrzu jest umiejętne dobranie oświetlenia, ale także bezkompromisowa jakość, zarówno, jeśli chodzi o wszelkiego rodzaju okładziny w postaci drewna czy tapet, ale też farby. O ile jasne ściany są w stanie sporo wybaczyć, tu nie ma mowy o jakichkolwiek niedoróbkach czy środkach zastępczych, drewno- lub kamieniopodobnych. Uwielbiam angielskie określenie "honest design" (uczciwy design), które tutaj sprawdzi się idealnie. I tu ważna uwaga - nie oznacza to, że dbając o najwyższą jakość musimy jednocześnie walczyć o absolutną gładź. Wręcz przeciwnie, ciekawa faktura kamienia, naturalne wypaczanie się drewna czy chropowatość betonu to idealna scena dla punktowego światła. W ciemnych pomieszczeniach zasady dotyczące oświetlenia są podobne co w jasnych, z tą tylko różnicą, że przy ciemnych ścianach, tam gdzie światło ma być funkcjonalne, a nie tylko ozdobne potrzebna będzie nieco większa moc żarówki lub zastosowanie luster czy błyszczących powierzchni.

Prawdziwie ciemne wnętrza to wbrew pozorom nie wyższa matematyka. Podstawą jak w każdym innym wnętrzu jest umiejętne dobranie oświetlenia, ale także bezkompromisowa jakość, zarówno, jeśli chodzi o wszelkiego rodzaju okładziny w postaci drewna czy tapet, ale też farby. O ile jasne ściany są w stanie sporo wybaczyć, tu nie ma mowy o jakichkolwiek niedoróbkach czy środkach zastępczych, drewno- lub kamieniopodobnych. Uwielbiam angielskie określenie "honest design" (uczciwy design), które tutaj sprawdzi się idealnie. I tu ważna uwaga - nie oznacza to, że dbając o najwyższą jakość musimy jednocześnie walczyć o absolutną gładź. Wręcz przeciwnie, ciekawa faktura kamienia, naturalne wypaczanie się drewna czy chropowatość betonu to idealna scena dla punktowego światła. W ciemnych pomieszczeniach zasady dotyczące oświetlenia są podobne co w jasnych, z tą tylko różnicą, że przy ciemnych ścianach, tam gdzie światło ma być funkcjonalne, a nie tylko ozdobne potrzebna będzie nieco większa moc żarówki lub zastosowanie luster czy błyszczących powierzchni.

Głębia czerni wydobyta przez nikłe światło. Via The Local Project.