Róż i już

Różowe konfetti

Za oknem bezczelnie, na przekór całemu niewyobrażalnemu złu, którego doświadcza świat, kwitną drzewa. A moje sumienie wciąż mnie pilnuje i pyta czy wypada tak po prostu normalnie żyć, smarować kremem twarz a potem wystawiać buzię do wiatru pachnącego już wiosną. Bookować wakacje. Gotować botwinę. Piec bułki co niedzielę. Karmić pancake'ami przyjaciół mojej 5-latki. Cieszyć się ciszą wieczorem. Tak po prostu być szczęśliwym. I pisać o różu. I tak sobie myślę, że dzisiaj jedyne co warto to po prostu być. I doceniać to co teraz, jak gdyby jutra miało nie być. Na Żoliborzu kwitną jabłonie i wiśnie. Zaraz będzie padać na głowę różowym konfetti. Znowu wiosna. Dlatego dzisiaj będzie o różu. Na przekór wszystkiemu.

Pink is (now) my thing

Ale wierzcie, że nie zawsze tak było. Moje modowe DNA przez większość dorosłego życia to były Martensy i skórzana kurtka zestawiona z sukienką i blond włosem rozwianym na wietrze. Kobieco, ale zawsze z mocnym akcentem. Pełna gotowość bojowa. Różem (i w ogóle kolorami) gardziłam latami, aż coś się we mnie zwyczajnie zmieniło. Potem pojawiła się Pola i casual wear zaczęłam kupować razem z nią w vintage shopach lub takich sklepach jak Bobo Choses czy Animals Observatory. I tak dzisiaj mam w szafie sweter w kolorze pudrowego różu, różowe spódnice i sukienki, i pudrowe róże w najbardziej nieoczekiwanych zestawieniach. Róż wkroczył też na moje salony, nie tylko do pokoju Poli. Mam go w salonie w większej plamie dywanu i w mniejszych plamach poduszek. W sypialni przyjął postać lnianej pościeli i dosłownie zaraz stanie obok tekowego biurka w postaci starego stolika nocnego, który poddaję właśnie renowacji. Róż występuje w moim domu w dodatkach. Nie przytłacza i wbrew pozorom lubi go też płeć przeciwna.

Różowa psychoterapia

Od dawna wiadomo, że kolory mają moc wpływania na ludzką psychikę. Ekspozycja na kolory ma ponoć nawet moc leczniczą i w medycynie niekonwencjonalnej nosi nazwę kolorom- lub chromoterapii. Mając to na uwadze od dawna wystawiam się więc na działanie różu, który w zależności od nasycenia działa energetyzująco albo wyciszająco. Gdy o tym piszę przypomina mi się historia różu o nazwie Baker-Miller, o której przeczytałam w doskonałej skąd inąd książce "The Secret Lives of Colour" autorstwa Kassia St Clair, którą sprezentowała mi przyjaciółka, i którą otwieram regularnie pracując nad projektami brandingowymi czy wydawniczymi żeby wiedzieć z czym igram. Wracając jednak do różu, Baker-Miller to klasyczny róż tzw. majtkowy, który Kassia St Clair nazywa w swojej książce "sickly shade of bright pink" (dosł. wymiotnym odcieniem jasnego różu). Róż ten, jak wynika z badań Alexandra G. Schaussa opisanych w Orthomolecular Psychiatry, znacząco obniżał poziom agresji u ludzi, co w 1979 roku z sukcesem przetestowali w zakładzie karnym US Naval Correctional Centre w Seattle komendanci Gene Baker i Ron Miller.

Róż and co.

"Mój" róż najlepiej wygląda, gdy balansuje na granicy z kolorem kremowym. Najlepiej brzmi po angielsku: dusty, light, pale, powder, nude, chalk, ivory, antique, vintage. I kocha zestawienia z trudnymi lub tzw. "brudnymi" kolorami, które w wersji solo byłyby na dłuższą metę nie do wytrzymania. Bordo, zgniła zieleń, umbra, cynamon, rudy, brąz, musztarda, indygo, kobalt, baby blue, lawenda, oranżowa czerwień, złoto, jasne drewno i ... tek. Ten ostatni kolor mój róż kocha najmocniej. Wysoko w moim rankingu plasuje się też fuksja, która doskonale łączy się z kolorem pomarańczowym, brzoskwiniowym, łososiowym czy czerwonym. Inspiracji nie trzeba szukać daleko, wystarczy wyjść z domu. Na łąkę, do parku, nad morze albo do ... zoo, gdzie szczególnej uwadze polecam sekcję ze zwierzętami wodnymi i ptactwem, szczególnie flamingami. Zapewniam, że wrócicie do domu z głową pełną pomysłów i już nigdy nie spojrzycie na naturę tak samo.

Ćwiczenia praktyczne

Tyle teorii, a teraz ćwiczenia praktyczne. Zacznijmy od pudrowego różu. Ponieważ jest on jasny, może być traktowany nawet jako alternatywa dla bieli i stosowany na większych powierzchniach np. ścianach czy okładzinach. Absolutnym mistrzostwem jest np. zabudowa w sypialni mojej przyjaciółki wykonana ze sklejki oklejonej różowym winylem, która przypomina japońskie drzwi shoji (do zobaczenia w galerii po lewej). Z każdym bardziej nasyconym różem np. fuksją czy różem antycznym byłabym już nieco bardziej ostrożna i stosowała je w akcentach, w towarzystwie "złamanych" uspokajaczy: rudości, zieleni czy musztardy. Myślę, że sprawdzi się tu zasada, że im ciemniejszy i bardziej nasycony odcień różu, tym mniejszy jego udział w całkowitej powierzchni przestrzeni. Dla pełnego bezpieczeństwa unikałabym też mało szlachetnych odcieni różu (wspomniany wyżej wymiotny Baker-Milly czy różowy w stylu Barbie), a wybierając te szlachetne bawiła się zróżnicowanymi fakturami np. zestawiała szorstką wełnę z gładkim szkliwem ceramiki czy szorstki len z aksamitem. Moim zdaniem róż w ogóle lubi zróżnicowane faktury. I jakość premium. Zamsz, wełnę, len. Taki "oswojony" róż przestaje być już wyzwaniem, zamieniając się w czystą przyjemność.

Róż & czerwień, jak łatwo się domyślić, moje absolutnie ulubione połączenie kolorystyczne. Via Art Porn Magazine.