Stare spotyka nowe

Stare spotyka się z nowym

Lubię kontrasty. Łączenie różnych faktur, deseni czy kolorów. Udane łączenie starego z nowym. Jak w typowym japońskim miejskim krajobrazie, w którym wieżowce przytulają się ze starymi świątyniami. I szerzej - w japońskiej kulturze, która kultywuje tradycję w sposób tak udany, że nigdy nie trąci ona myszką. Fascynują mnie efekty pracy architektów, którzy z ogromną ostrożnością, szacunkiem, ale i kreatywnością potrafią napisać starym wnętrzom nową historię, nie przeginając w żadnym kierunku. Mój podziw dla ich pracy jest tym większy, że są to projekty obarczone dużym ryzykiem wielu komplikacji i niespodzianek, pełne ukrytych ograniczeń, często wręcz objęte nadzorem konserwatorskim, który narzuca sztywne ramy, w których można się poruszać. Choć i tu zawsze jest pewne pole do negocjacji.

L’UNI

Mam ogromną przyjemność w podwójnej roli - jako PRowiec i marketingowiec, ale też projektant wnętrz - pracować przy projekcie rewitalizacji byłej siedziby Wydziału Farmacji Uniwersytetu Wrocławskiego, który nosi nową nazwę L’UNI (od francuskiego słowa „l’université”). Pieczę nad rewitalizacją budynku pełni Maćków Pracownia Projektowa. Moja rola to wsparcie projektowe części wspólnych – hallu głównego, półpięter i kondygnacji -1. Nie chcę całego postu poświęcać wyłącznie L’UNI, bo poświęcę mu jeszcze oddzielny artykuł. Powiem jedynie, że biurowiec L’UNI leży w samym sercu Wrocławia, na terenie Parku Kulturowego miasta, w strefie objętej ścisłym nadzorem konserwatora zabytków. Historyczna fasada może być jednak nieco myląca, bo jego przestronne, ultra wysokie wnętrza napakowane technologią i „zielonymi” rozwiązaniami nie odbiegają niczym od współczesnych standardów najlepszych deweloperskich inwestycji biurowych. Przed nami stało więc karkołomne zadanie zaprojektowania części wspólnych w taki sposób, aby z jednej strony zachować historyczne elementy wnętrza, a z drugiej nadać mu nowoczesnego ponadczasowego charakteru. Chcieliśmy, by była to przestrzeń spełniająca wymagania zarówno pracowników kancelarii prawnej, jak i nowoczesnej firmy technologicznej. Rozwiązanie estetyczne, po które sięgnęliśmy nazwaliśmy roboczo "szlachetną prostotą". Zakłada ona użycie jakościowych i pięknie starzejących się materiałów, takich jak kamień, metal czy szkło w oszczędnej, czasem wręcz ascetycznej formie, pozwalającej wydobyć piękno historycznych detali, takich jak choćby przepiękna wachlarzowa klatka schodowa. Jej obłości powtarzamy w gigantycznym prostym okrągłym żyrandolu czy podświetlonym okrągłym lustrze na kondygnacji -1. Całość uzupełnia zaprojektowana specjalnie na potrzeby L’UNI winda – niby bardzo nowoczesna, ze szkła i metalu, ale zainspirowana windami przedwojennymi, co czuje się w jej klimacie.

I to jest właśnie dla mnie kwintesencja udanego mariażu starego wnętrza z nowoczesnymi elementami. Niby widzisz, że użyte materiały są nowe, formy miejscami jakby bardziej nowoczesne, proste, kolory czy tkaniny bardziej współczesne, ale całość harmonijnie się zlewa i nadal przenosi w czasie do przeszłości. W galerii po lewej stronie zobaczycie kilka wnętrz lub projektów, które są przykładami takich właśnie udanych mariaży. Ogromnie cieszy mnie, że coraz więcej ich mogę obserwować w Warszawie, czy szerzej w Polsce (Łódź wiedzie tu chyba prym). Z sukcesem rewitalizowane i "oddawane" mieszkańcom są coraz to nowe przestrzenie takie jak - w przypadku Warszawy - Elektrownia Powiśle, Prudential, Hala Koszyki, Hala Gwardia, Fabryka Norblina czy kompleks przy ulicy Burakowskiej i lofty Duchnicka, w bezpośrednim sąsiedztwie których mam przyjemność mieszkać. Wspaniale jest spędzać czas w otoczeniu, które przesiąknięte jest historią i któremu nadano przystępną i piękną formę. Szczególnie, że dobrze pamiętam z dzieciństwa jak źle prezentowały się dawniej, wyłączając całe części miasta z publicznego użytku. A najlepsze w rewitalizacjach jest to, że taki sam efekt można z powodzeniem uzyskać we wnętrzach prywatnych.

Nowe spotyka się ze starym

Kontrasty sprawiają, że wnętrza stają się ciekawsze. Ja odbieram to jako pewną głębię, którą dzięki nim zyskują, jakby dodatkowy wymiar, głębszy oddech. I sens. Bo widzę sens i piękno w zachowywaniu śladów historii. Ale też mam świadomość, że to co stare zwykle charakteryzuje się lepszą jakością, niż ta z którą mamy do czynienia dzisiaj. Weźmy choćby meble z litego drewna czy nawet te częściowo fornirowane. Czasem wyglądają na tak mocno wyeksploatowane, że wręcz już nieużyteczne. Ale zdecydowanie za szybko lądują na śmietniku. Jako osoba urodzona w latach 80-tych i dorastająca w Europie Wschodniej wychowałam się w świecie, który po okresie pustek na sklepowych półkach za bardzo zachłysnął się ilością, zapominając o jakości. A przecież wystarczy to co stare „obrać” z wierzchniej fatygi starych lakierów i pęknięć, żeby odkryć świeże jasne pachnące drewno. I zacząć wszystko od nowa. Właśnie za to kocham stare meble. Oklejona plastikiem płyta paździerzowa nie ma szans na drugie życie i zaśmieca planetę. W galerii po lewej możecie zobaczyć jak ratowałam od zagłady stare polskie krzesło w stylu brytyjskiego krzesła Windsor. Było naprawdę biedne, pokryte resztkami białej farby, przemoczone, z odpadającą warstwą sklejki na siedzisku. A dzisiaj jasne, pachnące i gładkie jak jedwab stoi w pokoju mojej córki i służy nam obu.

Ale wracając do tematu wnętrz. Nowe wnętrza, które wyposaża się tylko nowością są w mojej opinii płaskie. Dosłownie i w przenośni jakieś takie „suche”, oddycha się w nich ciężej niż w budynkach z cegły. Nie wszyscy jednak możemy i chcemy mieszkać w starych kamienicach. Dlatego warto takie nowoczesne wnętrze uzupełnić meblami i dodatkami z historią. Mam wrażenie, że oddają powietrzu swoją naturalną wilgoć. Ponad wszystko warto zadbać też o to, by rzeczywistość, którą sami dzisiaj tworzymy w nowym wnętrzu również była wysokiej jakości. Wybierajmy więc drewno, skórę, metal i kamień, które można wielokrotnie restaurować i zostawić kolejnym pokoleniom. Stare wnętrza i meble też kiedyś były nowe. Gdyby nasi przodkowie kupowali płytę paździerzową w plastikowej okleinie, co zachowałoby się do dzisiaj?

Zapierające dech (przynajmniej mój) połączenie starego z nowym, czyli żyrandol Gabriel autorstwa braci Bouroullec w Wersalu. Jedyny komentarz jaki mi się ciśnie na usta jak widzę tę instalację to "the ultimate sophistication". Via Dezeen.