Sztuka użytkowa

O pięknie

Jeśli jesteście na stronach nito nito to musicie lubić piękne wnętrza i przedmioty. Z pietyzmem wybieracie meble i dodatki. Przebieracie w tekstyliach, ceramice czy oświetleniu. A co jeśli musicie kupić młotek? Albo durszlak? Albo kosz na śmieci? Otóż takie przedmioty też mogą być i funkcjonalne i ładne. W tym artykule pokazuję rzeczy codziennego użytku, o których pewnie nigdy nie pomyślelibyście w kategorii „piękne". Przy okazji potraktowałam je jako pretekst do krótkiego wywodu na temat tego w czym tkwi prawdziwe piękno rzeczy. Po japońsku.

Cierpienia młodej estetki

Od dawna nazywam siebie beznadziejną estetką. Beznadziejną, bo bycie estetą to w takim samym stopniu dar co męczarnia. Już jakiś czas temu doszłam do poziomu, w którym wyeliminowałam ze swojego otoczenia niemal wszystko, co mnie wizualnie (i moralnie!) nie zadowala. Od tłuczka do mięsa aż po gumki do włosów. Kocham sztukę użytkową i bardzo męczy mnie brzydota. Widzę co dzieje się ze światem, staram się więc wybierać świadomie. Sprawdzam marki, składy i pierwsze cyfry kodów kreskowych, bo miejsce produkcji tych rzeczy to początek łańcucha zdarzeń i zależności, które mają wpływ na życie ludzi, zwierząt i przyrodę. Najchętniej kupuję w drugim obiegu i/lub rzeczy wytworzone ręcznie. Za przedmioty wysokiej jakości, nawet te używane, czasem płaci się dużo, ale analizując jak i jak długo te rzeczy mi potem służą, w ostatecznym rozrachunku kosztują mnie mniej. Co więcej ich cena czy okoliczności, w których dany przedmiot kupiłam powodują, że takie zakupy bardziej szanuję. Nurtuje mnie jednak pytanie: skąd właściwie u ludzi miłość do piękna? I co to znaczy, że coś jest piękne?

Po co nam piękno

Od zawsze kochałam piękne przedmioty, ale też często myślałam o tym, że posiadanie rzeczy, ich wygląd w istocie nie mają jakiegoś fundamentalnego znaczenia wobec takich wartości jak zdrowie, miłość, dzieci, rodzina. Potrafią znacząco poprawić jakość życia, ale ostatecznie to przecież tylko rzeczy, przejściowi towarzysze naszej ziemskiej drogi, którzy pomagają nam w codziennym życiu, ale – umówmy się – nigdy nas nie przytulą. Rodzimy się i umieramy bez nich. Dlaczego więc ładne przedmioty są dla nas tak ważne? I nie, nie chodzi mi o to, że bywają wyznacznikiem statusu społecznego czy nieźle udają leki na smutki. Raczej o to, dlaczego właściwie szukamy wokół siebie piękna? I jakie kryteria musi spełnić przedmiot, by być uznany za obiektywnie piękny.

Odpowiedzi szukałam oczywiście w japońskiej estetyce, a ściślej mówiąc u Sōetsu Yanagiego, założyciela japońskiego ruchu mingei (ruchu sztuki popularnej inspirowanej ruchem Arts & Crafts w Wielkiej Brytanii – przyp. nito nito), autora książki „The Beauty of Everyday Things” i ojca słynnego designera Sori Yanagiego (tego od stołka Butterfly). To jak Yanagi tłumaczy świat rzeczy otworzyło mi oczy nie tylko na nasze związki z przedmiotami codziennego użytku, ale też definicję prawdziwego piękna, które wywodzi się z prawdy. Yanagi rozprawia się też z m.in. z wątpliwościami dotyczącymi masowej produkcji rzeczy, tłumaczy w czym tkwi piękno symboli i skąd wzięło się japońskie zamiłowanie do nieregularności i braku symetrii. Według mnie każdy esteta, bez wyjątku, powinien zapoznać się z poglądami Yanagiego.

Ale do brzegu. Yanagi stawia tezę, że estetyka i piękno w życiu człowieka w pewnym sensie przejmuje funkcję religii. W obliczu licznych kryzysów i związanej z nimi utraty wiary w boga (jakiegokolwiek) i sens życia, to właśnie piękno staje się nową religią, gołąbkiem pokoju dla ludzkości. Jakie to niebywale aktualne w XXI wieku! Ta „nowa ewangelia” przy jednym stole sadza piękno i prawdę, sztukę wysoką ze sztuką użytkową. I uznaje każdą pracę, która została wykonana przez człowieka z myślą o funkcji, o tym by trwać, i w którą włożono serce i troskę, za wyraz czci dla samego życia. I ta „cześć dla życia”, ta czystość intencji, skupienie na funkcji i swego rodzaju „prawda użytego materiału” („honest design”, o którym tak często wspominam), to jest właśnie to coś co do mnie tak bardzo przemawia i pozwala z łatwością poruszać się po świecie pełnym rzeczy. Tłumaczy też moje zamiłowanie do staroci, renowacji i naturalnych surowców.

Piękno = prawda

Co ma wspólnego piękno z prawdą, zapytacie pewnie. Pokażę to na krótkim przykładzie z własnego życia. Kilka lat temu zamawiałam u kamieniarza blat kuchenny. Przypominam sobie jego minę, gdy poprosiłam o pozostawienie krawędzi gotowego blatu zupełnie surowych i gładkich. Zapytał wtedy „Ale jak to tak bez żadnej fazy? Przecież jak to wygląda? To się będzie Pani kruszyć?” Pozostawiłam go wtedy z krótkim „robimy”. I za żadne skarby nie zmieniłabym dzisiaj zdania. W efekcie wybrany przeze mnie ciemny kamienny slab został jedynie docięty do kształtu szafek kuchennych. Miał być mocny, trwały i piękny swoją kamienną naturą. Z naturalnymi porami czy drobnymi wyszczerbieniami, które pojawiły się z czasem. Jego piękno wynika z prawdy o nim samym i jego funkcji. Nie uzyskałabym takiego efektu, gdybym poprosiła o fazę lub jeszcze gorzej o grube ociosanie krawędzi, co było (i chyba do dzisiaj jest) dość modne.

Yanagi to samo zjawisko opisał na przykładzie koreańskiego cieśli, którego spotkał w czasie jednej ze swoich podroży i który obrabiał właśnie jeszcze zielone, nasączone sokami drewno. Yanagi zapytawszy dlaczego to robi niezgodnie ze sztuką, wiedząc, że drewno schnąc popęka w odpowiedzi usłyszał: „A jakie to ma znaczenie? Naprawi się”. Yanagi doznał wtedy nagłego olśnienia, że naturalna uroda, piękno wytworzonego z mokrego drewna przedmiotu, który potem zostanie naprawiony, będzie niezamierzonym efektem ubocznym jego funkcji. Piękno zrodzi się w trakcie procesu tworzenia, a nie zostanie stworzone. Wszystko to dzięki „wolnej formie”, która powstaje w atmosferze buddyjskiej wolności od wszelkich dualizmów tego świata takich jak piękno - brzydota, doskonałość - niedoskonałość. To do czego Japończycy odnoszą się w znanych szeroko lecz niekoniecznie dobrze rozumianych słowach wabi, sabi czy shibui to piękno, które nie dąży ani do niedoskonałości, ani też do doskonałości. Na koniec zdanie, które nie przestaje mi brzmieć w głowie: wszelkie intencjonalne próby sztucznego uzyskania nieregularnej, asymetrycznej naturalności są niczym innym jak jedynie niewolnictwem celu i odejściem od „wolnej formy” i prawdziwego piękna.

Kategoria nieestetyczna?

Wróćmy jednak do piękna prozy życia i przedmiotów codziennego użytku. Mamy już jesień i wiele osób, w tym ja sama, przygotowuje swoje domy, tarasy i ogrody do zimy. Dzisiaj chciałam pokazać wam więc kilka przedmiotów, o których pewnie nigdy nie pomyślelibyście w kategorii „piękne” i których piękno wynika z ich funkcji i użytych materiałów. I niech nie zdziwi was fakt, że wiele z nich powstało – a jakże – w Japonii lub Skandynawii, w szczególności Danii, która według wspomnianego wyżej Sōetsu Yanagiego potrafi z ogromną umiejętnością łączyć to, co najlepsze w produkcji ręcznej i masowej.

Narzędzia będące same w sobie elementami dekoracyjnymi w kopenhaskim domu pary architektów Mads Odgård i Mette Lyng Hansen. Via ALT.