Wnętrze ma znaczenie

O życiu, głęboko i z patosem

Zdarzało mi się uważać siebie trochę za wnętrzarskiego dziwaka. Bo kto „normalny” wybiera liceum po wyglądzie wnętrza (musiało być wysokie, z historią i skrzypiącą podłogą), boi się pierwszego dnia w pracy, bo z biurem (sic!) może nie być chemii, z premedytacją wybiera kierunek północno-wschodni mieszkania, bo te najbardziej popularne - co to słońce prosto w okna cały dzień - słabo znosi a pochmurny dzień to dla niego zastrzyk energii do pracy? No i kto chce, żeby nowiutka podłoga z litego dębu w jego mieszkaniu jak najszybciej się wypaczyła i zestarzała, bo woli patynę od nowości? Dokładnie tak samo pełne lato nie robi na mnie takiego wrażenia, jak pierwsza połowa września, gdy zmianę pory roku czuć już w powietrzu i w barwie światła.

Zaczęłam patrzeć na siebie łaskawszym okiem dopiero gdy zrozumiałam, że ja nie tylko zupełnie na serio kocham to japońskie zamiłowanie do tego co efemeryczne, nietrwałe, nieregularne, z pozoru be. Ja bez tego w ogóle nie potrafię jakościowo funkcjonować. Świadomie wybieram w mieszkaniu półmrok, lubię otaczać się przedmiotami z historią łącząc je z tym co nowe, a na wakacjach dużo lepiej czuję się w lokalnej agroturystyce w starym klasztorze niż nowym pięciogwiazdkowym hotelu. Przemijanie mnie nie martwi. Ono mnie wzrusza. Masochistycznie boli i cieszy zarazem. Może to fakt zbliżania się do 40-stki, może trochę późne i niezbyt łatwe początki macierzyństwa, może kolejne fale kryzysów przetaczające się przez świat, ale czuję coraz większą wdzięczność za możliwość doświadczania cudu życia. Doceniam tak dużo, w tym siebie i ludzi, których mam wokół.

O wnętrzach, jak psycholog

Wnętrza, w których przebywamy, bez względu na to czy mówimy o domu, miejscu pracy, restauracji, sklepie czy bibliotece powinny pomagać nam ten cud odczuwać. Dawać radość bycia właśnie tu i teraz. Cieszyć nas możliwością dokonywania świadomych wyborów w budowaniu przestrzeni wokół siebie: wybierania rzeczy z drugiego obiegu, rzeczy z historią, również naszą własną, produkowanych tradycyjnymi metodami, z poszanowaniem środowiska naturalnego i praw człowieka. Obcowania z tym co lubimy i co się nam podoba. Funkcjonowania we wnętrzu, które przytuli, gdy trzeba, pozwoli odpocząć, gdy trzeba, zmotywuje do działania, gdy trzeba i generalnie będzie pozytywnie wpływać na naszą psychikę. Możemy z pozoru nie być estetami, możemy nie przywiązywać wagi do koloru kanapy, na której siedzimy, ale wiem jedno: otoczenie nigdy nie pozostaje bez wpływu na nasze samopoczucie. Architektura potrafi zmienić życie.

Już lata temu postanowiłam, że wolę w ogóle nie jeść, jeśli mam zjeść coś co mi nie smakuje. I trzymam się tego do dzisiaj. Identycznie jest z przedmiotami sztuki użytkowej. Z ubraniami z resztą też. Nie będę oszukiwać, że osiągnęłam w tym zakresie perfekcję, ale mogę z całą pewnością powiedzieć, że liczba przedmiotów obojętnych dla mojego oka sięga u mnie w domu poziomu może 3%. Otaczam się wyłącznie tym, co mi się podoba, z czym wiąże się jakaś historia, co powstało w sposób odpowiedzialny i zrównoważony. Nie cierpię kompletów i powtarzalności. Codziennie z pietyzmem wybieram z szafki odpowiadającą mojemu nastrojowi miseczkę na pistacje (jedna ma 15 lat znanej mi historii i bóg wie ile własnej), ręcznie robiony kubek na herbatę (kocham ten, którego krawędź delikatnie drapie w usta) czy lnianą piżamę z szafy, w której czuję się jak milion dolców. Choć nie raz bywałam słoniem w składzie porcelany to dzisiaj nic mi się nie tłucze. Moje vintage sukienki i stare sztruksy piorę ręcznie w płynie do prania wełny a stare czerwone zamszowe trampki trzymam w pudełku. Kocham piękne rzeczy. To bycie "tu i teraz", gdy w codziennej bieganinie bezwiednie po nie sięgam a one zmuszają mnie do krótkiej refleksji "pamiętam, gdzie to kupiłam", "ale było wtedy stresu", "matko, trzymam w ręku 30 lat historii", "ale było wtedy gorąco", "najlepszy okres w moim życiu".

Estetyczna wrażliwość to wartość, nie wada. Pozwala zachwycać się tym czego inni nawet nie zauważają.