Z miłości do drewna

Istny film akcji

Jeśli renowacja mebli kojarzyła wam się do tej pory z doświadczeniem z pogranicza medytacji to muszę was rozczarować. Ma w sobie za to dużo z filmu akcji. Jest walka z czasem i własnymi słabościami. Jest bijatyka, są ostre narzędzia, zagadki, a także - a jakże - elementy komediowe. A na końcu łzy wzruszenia, że dobro znowu wygrało ze złem. I jest aksamit i ciepło drewnianej powierzchni. I poczucie sensu, w tym świecie z plastiku i kartonu.

Uwielbiam renowację drewna. I w ogóle kocham drewno. Za to, że jest drewnem, za zapach, za to, że można je odnawiać niemal bez końca. Za kolory, gatunki, rysunki, detale, intarsje i łączenia. Kocham też sam proces odnowy drewna i entourage, w którym się on odbywa a w którym czuję się jak dziecko w sklepie z zabawkami. I nie jestem w tej miłości odosobniona.

The Børge Feeling

Jakiś czas oglądałam film dokumentalny o Børge Mogensenie, jednym z najbardziej znanych designerów epoki midcentury modern. „Designs for life” to opowieść o życiu prywatnym i zawodowym zakochanego w drewnie projektanta, szczerze opowiedziana przez jego syna Thomasa. Børge był piekielnie dobrym projektantem. Utalentowanym, inteligentnym, pracowitym, zadziwiająco płodnym, upartym i ... bardzo skromnym. Jasper Morrison nazwał go "dobrze strzeżonym sekretem" Danii. Z kolei Christian Holmsted Olsen, szef Designmuseum of Denmark podkreślał, że Mogensen wprawdzie "nie zyskał uznania, na które zasługiwał w okresie rozkwitu duńskiego wzornictwa, ale (...) światowe zapotrzebowanie na wysokiej jakości materiały i dbałość o szczegóły gwarantuje, że czas Mogensena szybko nadejdzie". Wydaje się, że już nadszedł. Jego miłość do drewna, bezkompromisowe dążenie do wysokiej jakości i szczególna atmosfera "skromnego luksusu" jaka charakteryzuje jego projekty sprawiają, że projekty Mogensena, które nadal produkuje marka Fredericia Furniture, cieszą się rosnącą popularnością. Thomas Graversen, właściciel firmy Fredericia w ten sposób mówił o jednym z flagowych projektów Mogensena - The Spanish Chair: "Kiedy kupujesz The Spanish Chair, to tak jakbyś kupił parę butów Lloyda (...) by kochać je mocniej każdego dnia, gdy sztywna skóra powoli ustępuje formie twojej stopy i staje się jej naturalnym przedłużeniem. Im dłużej siedzisz na tym krześle, tym bardziej się ono patynuje i dostosowuje do krzywizn twojego ciała, by w końcu historia ciebie i twojego krzesła stała się jedną nierozerwalną całością. To właśnie relacja pomiędzy człowiekiem a przedmiotem jest unikalnym "The Børge Feeling". Takiej relacji i takiego mebla nie wyrzuca się na śmietnik. Gdy przyjdzie czas poddaje się go za to renowacji. I o takiej jednej renowacji chciałam wam dzisiaj opowiedzieć.

Myśli nieuczesane

Za każdym razem, gdy opuszczam pracownię renowacji mebli po kolejnej udanej odnowie mam w głowie dwie nieco sprzeczne myśli: że szczerze podziwiam stolarzy za fizyczną i psychiczną wytrzymałość, i że praca fizyczna to must do dla dobrostanu człowieka. Dla kogoś takiego jak ja, kto pracuje umysłowo przy innego rodzaju projektach, weekend spędzony w klimatycznym warsztacie połączonym ze składem antyków to balsam dla głowy i duszy. A, że miejscem pracy mojego taty - artysty i wystawiennika - od zawsze była pracownia (pokój nr numer 64, do dzisiaj mam w biurku brelok od taty klucza), dla mnie dodatkowo to zawsze trochę podróż sentymentalna. Za każdym razem czuję też wdzięczność, że mogę kreatywnie pracować przy renowacji mebli czy tworzeniu treści na nito nito na luzaka, w wolnym czasie. To luksus, bo rutyna czy przymus bywają nie do zniesienia.

Wyzwanie z lat 50-tych

Ale do rzeczy. Tym razem do pracowni renowacji mebli i jednocześnie galerii sztuki „Stara Praga” wzięłam ze sobą wyszperaną kilka lat temu w internecie szafkę nocną z lat 50-tych. Nadruk na jej plecach wskazuje, że należała do amerykańskiej armii stacjonującej w Monachium. Szafka urzekła mnie swoją zgrabnością, lekkością i prostotą ornamentów. Powinnam była jednak domyślić się, że ta gruba warstwa czekoladowej bejcy i lakieru nie była jedynie szaloną fantazją poprzedniego właściciela lecz wskazówką, że ten mebel to istna puszka pandory.

Po rozmontowaniu szafki i zdjęciu pierwszych warstw lakieru, ręcznie, przy użyciu żelu do usuwania powłok malarskich i cyklin, oraz mechanicznie - przy pomocy szlifierki a nawet opalarki, okazało się, że moja szafka to hybryda, jeśli chodzi o wykorzystane rodzaje drewna. Na kilku najbardziej widocznych powierzchniach - blacie, bokach, półce i szufladzie odkryłam mahoniowy fornir, który nie dość, że był bardzo cienki to jeszcze "opił się" koszmarnej brązowo-mahoniowej bejcy. Zostałam więc z wypłukanym różem, a wszelkie próby głębszego szlifowania forniru kończyły się w sposób przewidywalny tj. jego miejscowymi brakami. Elementy z litego drewna takie jak rzeźbiona podstawa z nóżkami wymagały nadludzkiej cierpliwości, wielokrotnej kąpieli w żelu do usuwania powłok malarskich i zabiegów z użyciem stalowej waty, szlifierki, papieru ściernego i ... dłuta. Okazało się bowiem, że jedynym sposobem na usunięcie bejcy z wyrzeźbionych szczelin było ich pogłębienie, czyli de facto ponowne rzeźbienie. Ostateczne czyszczenie całości spirytusem odsłoniło kilka rodzajów drewna o zupełnie innym rysunku i barwie. Przysięgam, że w myślach fantazjowałam już o czarnej politurze przypominającej czarną lakę, choć w pierwotnych planach miałam jasny Thonetowski orzech w półmacie. Postanowiłam jednak się nie poddawać i poeksperymentować z bejcami. Wraz z nadzorującym mnie profesjonalnym stolarzem przygotowaliśmy mieszankę z bejcy orzechowej, dębowej i mahoniowej, która okazała się idealnym remedium na przebijający róż i niejednolitą kolorystykę mebla. Była na tyle jasna, by widoczny był rysunek drewna i jednocześnie na tyle ciemna, by kolorystycznie ujednolicić całość. Z miejscowymi brakami forniru idealnie poradziły sobie z kolei pisaki retuszerskie. Trwałości, głębi i lekkiego połysku całości nadało kilka warstw politury, na którą po wyschnięciu nałożyłam naturalny olejowosk. Szafkę zamierzam jeszcze wypolerować wełnianą ściereczką i cieszyć się nią przez długie lata.

Endorfiny

Efekt renowacji bardzo mnie zadowolił, choć - jak przyznał nawet profesjonalny stolarz - po oczyszczeniu mebla miał poważne obawy co do efektu końcowego. Ogromnie cieszę się, że mam kolejny mebel, w którym zostawiłam cząstkę siebie i z którym łączą mnie miłe weekendowe wspomnienia. Jak przypomnę sobie ile pracy kosztowało mnie jego czyszczenie wiem, że z pewnością przez kolejne dziesiątki lat nie zaszkodzi mu zwykłe domowe użytkowanie. W odróżnieniu do masowo produkowanych mebli, w których jak się dowiedziałam nie używa się już nawet płyty meblowej lecz odpowiednio wyprofilowanego ... kartonu. Zostawiam was z tą myślą i z całego serca zachęcam do rozpoczęcia renowatorskiej przygody. Zobaczcie jak niebywale piękne potrafią być meble z drewna. Trudno się nie zakochać na zabój.

"Plaster" miedzi w orzechowym stoliku. Via Mary Kays Furniture.